Czy podczas pandemii powinny się odbywać sesje i komisje Rad Dzielnic? Niepotrzebne zagrożenie epidemiczne, a korzyść niewielka [KOMENTARZ]

Wywołany do tablicy przez członka rady dzielnicy Czyżyny Karola Goryla, który oburza się na moją nieobecność na sesjach i komisjach rady dzielnicy, spieszę wyjaśnić powody mojego podejścia do unikania zgromadzeń publicznych w czasie pandemii. Przepraszam równocześnie Czytelników, że są świadkami żenującej szopki, do której niestety sprowadzono kiedyś potrzebne, dziś zmarginalizowane do granic możliwości Rady Dzielnic.




Od marca bieżącego roku mamy w Polsce śmiertelne zagrożenie, związane z epidemią koronawirusa. Do czasu wprowadzenia szczepionki, jedynym skutecznym sposobem radzenia sobie z pandemią jest unikanie kontaktów międzyludzkich, zwłaszcza w zakrytych pomieszczeniach, nawet w maseczkach. Mega przykre – niestety konieczne. Radzimy sobie z tym – przeszliśmy na pracę zdalną, sprawy publiczne rozwiązujemy dzięki kontaktom mailowym i telefonicznym, interwencje zgłaszamy przez ePUAP. W tej również formie jestem stale do dyspozycji Mieszkańcom – mamy XXI wiek, naprawdę niemal wszystkie sprawy da się załatwić przez internet i telefon, a w sprawach krakowskich można skutecznie interweniować przebywając w tym czasie w Niemczech, Austrii, Słowacji, USA czy w polskich Tatrach. Co też robiłem i robię, bo w dzisiejszych czasach miejsce pobytu nie ma absolutnie ŻADNEGO znaczenia, ważny jest dostęp do Internetu i zdrowie, którego każdemu życzę.

Niemal wszystkie POWAŻNE organy władzy i samorządu przeszły już dawno na pracę zdalną lub model mieszany. Zdalnie obraduje Sejmik Województwa Małopolskiego, z którego możemy pod wieloma względami brać przykład. Model hybrydowy wprowadzono w pracach Sejmu i Rady Miasta. Jedynym wyjątkiem są niestety dzielnice. Z przyczyn formalnych ich prace odbywają się stacjonarnie, do czego mam spore obiekcje.

W okresie względnego złagodzenia obostrzeń latem tego roku brałem udział w stacjonarnych posiedzeniach sesji i komisji rady dzielnicy. Tu muszę oddać szacunek Pani Przewodniczącej Annie Moksie, że dołożyła wszelkich starań, by zagrożenie epidemiczne zminimalizować. Sesje odbywają się w dużej sali urzędu miasta na Zgody, z odstępami, mierzeniem temperatury i dezynfekcją. Komisje infrastruktury komunalnej prowadzone przez Sławomira Bieńka – niestety odbywały się przeważnie w ciasnej sali Rady Dzielnicy, trwały długo, w przypadku gdyby ktoś był zakażony – niestety, nawet maseczki mogłyby nie pomóc uchronić ludzi przed rozprzestrzenieniem się zakażenia. W radzie dzielnicy był już przypadek zakażenia COVID-19. To naprawdę nie są żarty, a zagrożenie nie dotyczy jedynie osób starszych. Dla osób względnie młodych, które np. mają wadę serca lub inne problemy zdrowotne, ewentualne zakażenie jest równoznaczne z wyrokiem śmierci. Szkoda, że niektórym hejterom tak łatwo przychodzi ocenianie zachowań osób unikających zgromadzeń podczas pandemii, nie mając pełnej wiedzy o uwarunkowaniach, które niekoniecznie powinny być przedmiotem publicznej dyskusji. Podobnie jak oceny faktu, gdzie kto podczas pandemii mieszka, dokąd wyjeżdża w celach zawodowych i zdrowotnych i związanych z tym żądań zdania mandatu, na podstawie faktu, że ktoś wyjechał na kilka miesięcy poza Kraków.

Hejterów nie brakuje, ale skupmy się na meritum. Czy sesje i komisje w czasie pandemii w formie stacjonarnej są konieczne? Z formalnego punktu widzenia niestety tak, bo tak zdecydowali miejscy urzędnicy. Ten temat był analizowany i uzgodnienia miejskich prawników są następujące. Aby sesje i komisje mogły się odbyć online, należałoby każdego członka rady dzielnicy wyposażyć w urządzenie do głosowania na koszt podatników i w służbowy laptop. Pani Przewodnicząca Anna Moksa słusznie podnosiła ten temat, jak i informację o problemach formalnych związanych z głosowaniami online. Sejmik, Rada Miasta i rady powiatów ten problem rozwiązały, gdyż są to pełnoprawne jednostki samorządu i zasiadają w nich RADNI. Natomiast rady dzielnic, co cały czas podkreślam, są JEDYNIE jednostkami POMOCNICZYMI, a członkowie rad dzielnic NIE SĄ RADNYMI, są tak tylko nazywani grzecznościowo.

Ostatnio spadło wiele hejtu za przypominanie tej oczywistości, ale przypominam ją konsekwentnie dlatego, że to właśnie ona tłumaczy wiele kwestii, na przykład znikome kompetencje rad dzielnic oraz brak organizowania sesji zdalnych. Teoretycznie dałoby się je przeprowadzić zgodnie z prawem. W praktyce urzędnicy prezydenta prof. Jacka Majchrowskiego uznali (i słusznie), że gra jest niewarta świeczki, że Rady Dzielnic są tak bardzo bez znaczenia, że byłoby niegospodarnością wydawać pieniądze podatników na rozwiązania służące zdalnym sesjom dla dzielnic, w tym zakupie służbowych laptopów.

Jakie jest więc rozwiązanie? Maksymalnie wiele kwestii należy uzgadniać online, telefonicznie, mailowo. Problemy i zgłoszenia Mieszkańców rozwiązywać innymi kanałami, niż poprzez wielogodzinną stacjonarną dyskusję na sesji i komisji w małej salce, gdzie jeżeli choć jedna osoba będzie zakażona, to pozostałe prawie na pewno się zakażą i być może umrą. A pod obrady Rady Dzielnicy poddawać te kwestie, które są naprawdę niezbędne i których nie da się przyjąć innym trybem, np. poprzez uchwałę zarządu lub pismo interwencyjne zgłoszone epuapem.

Czy na stacjonarnych pandemicznych sesjach rady dzielnicy absolutnie konieczna jest obecność wszystkich 21 członków Rady, jak tego żąda Karol Goryl? Nie uważam tak. Im więcej osób, tym większe zagrożenie. Mimo że unikam kontaktów międzyludzkich, nie mogę być w 100% pewnym, że nie jestem zarażony i że swoją obecnością na sesji nie spowoduję, że ktoś ze starszych koleżanek lub kolegów zachoruje i umrze. Staram się zachować zdrowie, codziennie rano co najmniej godzinę biegam – ale może złapię wirusa wracając z biegania i dotykając klamki. Swoją obecnością na sesji nie wniosę nic więcej niż to, co mogę wyrazić online – np. niedawno Pani Przewodnicząca poprosiła mailowo o zgłaszanie propozycji do programu budowy chodników, propozycje zgłosiłem mailem po uprzedniej konsultacji online z mieszkańcami Łęgu, fizyczny kontakt nie jest potrzebny. Mamy XXI wiek. Mamy też pandemię, która jest śmiertelnym zagrożeniem i te kilka miesięcy musimy jeszcze jakoś wytrzymać.

Nie uczestnicząc w sesjach i komisjach, nie przysługuje mi też dieta członka rady dzielnicy. Od kilku miesięcy podatnicy nie wydali na dietę dla mnie ani złotówki. Diety członków rad dzielnic i tak są niskie, to niecałe 300 złotych miesięcznie (wyższe stawki są dla przewodniczących komisji – ok. 500 złotych, dla Pani Przewodniczącej ok. 2600, dla zastępcy połowę tego). Jednak przychodzić jak to proponuje Pan Goryl na sesję tylko po to, by się podpisać na liście i wziąć stówę za obecność? Po co? Naprawdę mam posłuchać Karola Goryla i postępować w ten sposób?

A sesja stacjonarna? Niby w wielkiej sali i z odstępami, ale i tak po sali chodzi jedna osoba, podchodzi do każdego, nachyla się i każdy się musi podpisać na liście obecności. Niby każdy w maseczce – ale ze względu na odległości nic nie słychać i członkowie rady zabierając głos, te maseczki zdejmują, dotykają, więc taka ochrona jest już bez sensu. Niby dystans społeczny – ale mikrofony są tylko dwa lub trzy, więc jak ktoś chce zabrać głos, to musi podejść do stolika przedmówcy i wziąć od niego mikrofon. Żeby sesja w czasach pandemii miała sens, mikrofon powinien mieć każdy z 21 członków rady, lista obecności powinna mieć formę deklaracji wysyłanej przez epuap, komisje infrastruktury nie powinny się odbywać w małej, ciasnej sali. Jest jak jest i nawet nie mam o to specjalnych pretensji do nikogo, pani przewodnicząca stara się zapewnić odpowiedni reżim sanitarny, nikt nikogo celowo nie chce narażać na zakażenie. Tylko po co te ataki Karola, po co ten hejt, po co ta szopka?

Proszę jednak wybaczyć, ale póki trwa pandemia, będę się starał w tych zgromadzeniach nie uczestniczyć. Jest mi niezmiernie przykro, że młody i ambitny Karol Goryl od samego początku postanowił dowartościowywać się poprzez ataki na moją skromną osobę i wysuwanie różnych żądań: a to abym złożył mandat ze względu na to, że pojechałem w celach których nie muszę się nikomu spowiadać na kilka miesięcy poza Kraków, a to żebym uczestniczył w czasie pandemii w zgromadzeniach, które nie uważam za w pełni bezpieczne.

Jakub Łoginow

Wybory do rad dzielnic odbywają się w głosowaniu powszechnym, a członkowie rady (nie radni!!! nie ma radnych dzielnic) są wybierani w okręgach jednomandatowych. Frekwencja jest znikoma, wynosi zaledwie kilkanaście procent. Okręg nr 13 obejmował część osiedla 2 Pułku Lotniczego, Wysockiej, okolice Ronda Dywizjonu 308. Uprawnionych do głosowania było 1081 osób, a do wyborów poszło zaledwie 158 mieszkańców (frekwencja wyniosła 14,62%). W okręgu było tylko dwóch kandydatów: Karol Goryl i Marek Sadowski. Wybory wygrał Marek Sadowski (86 głosów), Karol Goryl je natomiast przegrał (uzyskał 70 głosów), wybór był tylko między tą dwójką. Marek Sadowski został zaprzysiężony na członka Rady Dzielnicy razem z pozostałymi członkami w połowie grudnia 2018. Rok później niespodziewanie zmarł. Wskutek tego, na jego miejsce zgodnie ze Statutem wszedł przegrany kontrkandydat Marka Sadowskiego, pan Karol Goryl, który tym samym objął mandat członka rady dzielnicy mimo że wyborcy zdecydowali inaczej.

Świętej pamięci Marek Sadowski jest pochowany na cmentarzu Grębałowskim. Był członkiem Rady Dzielnicy XIV Czyżyny od kilku kadencji. Jego zasługą jest m.in. utworzenie sporej wielkości skweru na os. 2 Pułku Lotniczego, pomiędzy ul. Medweckiego, Stella-Sawickiego i al. Jana Pawła II. W miejscu zdegradowanego obszaru powstał tętniący życiem teren zielony, o co Pan Marek Sadowski konsekwentnie zabiegał przez wiele lat, spotykając się początkowo z oporem urzędników. W kolejnych latach z powodzeniem zabiegał o doinwestowanie skweru w urządzenia służące sportowi i rekreacji. Powstała siłownia na wolnym powietrzu i boisko, a na szerokiej, asfaltowej alei dzieciaki uczą się jeździć na rolkach. Mimo niewielkiego obszaru, skwer sprawia wrażenie całkiem sporej oazy zieleni, głównie dzięki starym wysokim drzewom i wałowi ziemnemu, oddzielającego teren zielony od ruchliwej drogi. W ostatnich miesiącach życia, Marek Sadowski konsekwentnie zabiegał o utworzenie piłkochwytów na tutejszym boisku, spotykał się w tym względzie z licznymi oporami, mimo to się nie poddawał. Po jego śmierci, mieszkańcy okolicy zwrócili się o nazwanie skweru imieniem Marka Sadowskiego, temat ten był przedmiotem dyskusji na Radzie Dzielnicy, spotkał się z pozytywną opinią większości członków rady i został przekazany do Zarządu Zieleni Miejskiej.




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *